sobota, 7 maja 2011

Wspominkowo - wywiad z Trudi Canavan


Wywiad z Trudi Canavan

Czy czuje się Pani bardziej  pisarką, projektantem/ilustratorem czy kobietą sukcesu nastawioną na realizowanie swoich celów

Właśnie w takiej kolejności. Przede wszystkim zajmuję się pisaniem. I to, czy jestem mężczyzną czy kobietą, nie powinno mieć żadnego znaczenia. Prawdę mówiąc, w mojej ojczyźnie, czyli Australii, nie ma to znaczenia.

Co jest Pani pasją a co pracą? Na ile praca ilustratora/grafika jest związana z pisaniem powieści?

Pisanie zawsze było moją pasją. Ilustrowanie książek (którym już się nie zajmuję) było wystarczająco twórczym zajęciem, żebym mogła w ten sposób zarabiać na pisanie – zanim podpisałam pierwszy kontrakt z wydawnictwem.

W jaki sposób promuje Pani swoje książki i na ile ważny jest Pani wizerunek w promocji książek?

Moją ulubioną formą promocji jest rozmowa z czytelnikami, na przykład podczas podpisywania książek. Najmniej lubię czytanie, ponieważ jest to zazwyczaj proces jednostronny: nie widzę reakcji ze strony czytelników (a po prawdzie czytałam moje książki tyle razy, że nawet nie sprawia mi to już przyjemności!). Nie uważam, aby mój własny wizerunek był istotny dla promocji książek. Czytelnicy może i lubią wiedzieć, jak pisarz wygląda, ale zasadniczo pisarze (za wyjątkiem Neila Gaimana) nie są celebrytami. Dlatego zniechęcam ludzi do wysyłania mi zdjęć do podpisu. To ma sens, kiedy twój obraz jest istotnym elementem twojej pracy, na przykład w przypadku aktorów czy modelek. Ale nie w przypadku pisarzy. No i nie chcę być tak sławna, żeby ludzie zaczepiali mnie w sklepie spożywczym!

Na ile uczestniczyła Pani w procesach negocjowania kontraktów wydawniczych? Interesuje mnie podział ról pomiędzy Panią a Pani agentem.


Moja agentka zajmuje się całością negocjacji – od tego przecież jest!

Dookoła mnie jest wiele twórczych kobiet, piszących wspaniałe rzeczy ale mają problemy z wydaniem ich - co może im Pani doradzić?

Niech piszą. Niech piszą jak najlepiej – nie należy nigdy uznawać, że nie da się już więcej nauczyć. Niech wysyłają teksty do wydawców. Rynek się zmienia i jeśli nawet dziś nie ma niszy dla opowiadań o kobietach zombie prześladujących kierowców samochodów, może znajdzie się za pięć lat.

Czy poprawność polityczna w literaturze jest ważna, nawet w fantasy?

Owszem. Uważam, że literatura jest potężnym medium dla poruszania ważnych problemów. Czasami najlepiej realizuje się polityczną poprawność pisząc o społecznościach politycznie niepoprawnych. Czasem politycznie niepoprawna książka może zmusić społeczeństwo do zastanowienia się nad sobą i wprowadzeniem zmian na lepsze. Niemniej istotne jest również, żeby nie znudzić czytelników „umoralnianiem”. Wolę zadawać pewne pytania i pozwalać, aby czytelnicy na nie odpowiadali.

Czemu porusza Pani tematykę wykluczenia, wątki feministyczne, czy ma to związek z konkretnymi sytuacjami??

Piszę o społecznościach, które są pod względem społecznym i technologicznym mniej zaawansowane od naszej. Jedynym źródłem i punktem odniesienia dla ich wymyślania, jest przeszłość naszego świata. Równość społeczna i płciowa nie była rzeczą powszechną w dziejach ludzkości, czasem nawet w ogóle nie istniała. A bohater, który jest w stanie przeżyć i dać sobie radę w takich okolicznościach, jest materiałem na interesującą opowieść. Gdyby bohaterom było zbyt łatwo, nie mielibyśmy żadnych konfliktów.

Zaintrygował mnie wątek Zdrajczyń w Uczennicy maga, czy biorąc pod uwagę organizacje kobiet amerykańskich pomagających sobie w sytuacji przemocy w rodzinie, uważa go Pani za bardziej nawiązujący do historii czy nadal  bardzo aktualny?

W Australii również istnieją podobne organizacje, ale nie były one w szczegółach modelem dla Zdrajczyń. Wydaje mi się, że wierzę, iż kobiety, które znalazły się w trudnej sytuacji, będą sobie w miarę możliwości pomagać, a w „Uczennicy Maga” źródłem siły i początkiem drogi do wolności była magia. Zawsze staram się myśleć o tym, w jaki sposób magia wpływałaby na społeczeństwo, gdyby tylko istniała.

Jestem dziennikarką portalu dla kobiet i moje doświadczenia zmuszają mnie do ciągłego udowadniania, że dla kobiet można pisać o nowoczesnych technologiach, biznesie i ekonomii a nie tylko o modzie i urodzie, które są oczywiście elementem naszego życia ale jednym z wielu. Czy to kwestia uwarunkowań historycznych czy też chcemy jako kobiety być tak postrzegane? 

Hmm. Z wielu powodów trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Musiałabym wiedzieć więcej zarówno o dziennikarstwie jak i historii oraz obecnej sytuacji w Pani części świata. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że we wszystkich społeczeństwach istnieją ślady tradycyjnego myślenia. Nawet w moim społeczeństwie zbyt mało czasu upłynęło od zmiany nastawienia wobec płci, żeby stare przyzwyczajenia zdążyły całkowicie zaniknąć. Ale kiedy myślę o świecie, w którym żyła moja mama, nie mogę się nadziwić, ile rzeczy zmieniło się na lepsze przez ostatnie półwiecze. Jestem tym zdumiona i zachwycona.

Wywiad Monika Janiszewska dla portalu kobiety.pl 2009r.
tłumaczenie Wydawnictwo Galeria Książki

środa, 4 maja 2011

Dzwony, męskim okiem - czy może uchem

Recenzja zasłyszana od męskiej połowy:
 Opis nieco sytuacyjny:

Dzień pierwszy:
Specjalne zostawiłam książkę przy łóżku nie namawiając do niczego.
Dzień drugi:
Dzwony mnie wciągnęły - jak by ze zdziwieniem padło w drodze do pracy.
Dzień kolejny, środa:
-A może damy tacie do przeczytania - skończysz do piątku?
- Zostało mi tylko30 stron, tak mnie wciągnęło, (znaczy przeczytam całość dziś):) 
Sobota - pogaduszki samochodowe:
-Co ci się podobało?
-Język, że są docinki, teksty o piciu wina w bibliotece, małe złośliwości o osobach nie odróżniających płci po dźwiękach sikania:)
-Pięknie opowiedziana historia o muzyce?
-o muzyce też.
- Fajna książka.
- Tak.
Opis z pamięci dni ostatnich.

Książka została połknięta w dwa dni, głownie w pociągu podczas drogi z pracy. Znaczy ciekawa była.:))))

piątek, 29 kwietnia 2011

Richard Harvell, Dzwony


II połowa XVIII wielu, Alpy, wieś, opactwo, małe miasteczko z wielkim kościołem a wreszcie Wiedeń. Wszędzie dzwony, pieśni, muzyka codziennych odgłosów domów, która staje się światem bohatera.
Są dźwięki słyszalne tylko dla wprawnego ucha i takie, które mogą pozbawić słuchu. Bohater wychowany przez głucha matkę, poprzez fenomenalny słuch odkrywa kolejne aspekty życia, czy to  we wsi czy miasteczku. Pławi się w  dźwiękach, delektuje mini. Stanowią dla niego mapę okolicy, dzięki której nie gubi się w miasteczku.
Z Mojżeszem poznajemy rzeczywistość poprzez dźwięki, zupełnie inaczej niż w naszej obrazkowej kulturze. Dla pokolenia wzrokowców polecam zamknąć oczy i usłyszeć świat. Wystarczy chcieć i trenować. Po przeczytaniu, spróbowałam usłyszeć muzykę wieczoru na tarasie. Lekko nie było, każdy nowy dźwięk otwierał mi oczy. Wzrok jest moim podstawowym zmysłem. Dlatego tak interesujący jest świat bohaterów Dzwonów.
Autor przedstawia nam kolejno kilku zaledwie bohaterów, za to świetnie buduje postaci, z krwi i kości. Pokazuje różnorodność sposobów myślenia, postrzegania świata. Wyzwala w nas akceptację różnych poglądów, pokazuje, że świat można kochać śpiewając lub czytając książki, czyniąc to z odpowiednim hałasem i ekspresją jak Mikolaj lub schować emocje jak Remus. Każda z postaci jest żywa, ma swoje skazy: krzywą nogę, karłowatość, skłonność do alkoholu czy mrukliwość. Przez to są realne bardziej niż celebry ci z dzisiejszych gazet.   Nawet negatywne postaci powieści są wielowymiarowe, dzięki surowości i politycznym zdolnościom opata powstaje ukochany kościół Mojżesza.
Dzwony to piękna opowieść o miłości, która zmusza do przełamywania własnych słabości. Do dawania drugiej osobie siebie, tworzenia lepszego siebie. To opowieść o przyjaźni zawartej w momencie poznania i łączącej na całe życie.
Na pewno dzięki Dzwonom inaczej posłucham muzyki, wieczornej gonitwy dzieci na boisku, czy nocnych dźwięków własnego domu. 

Książka wydana przez W.A.B w 2011 r.

poniedziałek, 28 marca 2011

Ben Mezrich, Miliarderzy z przypadku

Autorem artykułu jest Darek  M.

Na ekrany kin trafił  film Davida Finchera „The Social Network”. Reżyser znany m. in. z „Podziemnego kręgu” postanowił tym razem zekranizować książkę Bena Mezricha „Miliarderzy z przypadku”. To opowieść o najbardziej spektakularnym sukcesie  ostatnich lat – powstaniu Facebooka

W 2004 roku dwaj studenci Harvardu zastanawiali się, co zrobić, aby poprawić swoją, dość mizerną pozycję w studenckim środowisku. Eduardo Saverin starał się o przyjęcie do jednego z prestiżowych bractw. Nieprzystosowany społecznie odludek Mark Zuckerberg uruchomił dość kontrowersyjny portal, za co o mało nie wyleciał ze studiów. Spotkali się przypadkiem na jednej z imprez, organizowanej przez uniwersytecką organizację żydowską. Jeden miał idee i informatyczny talent, drugi – niezły apitalik, zgromadzony dzięki trafnym inwestycjom na giełdzie. Szybko znaleźli wspólny język. 4 lutego 2004 roku w zapuszczonym pokoju, zajmowanym przez Marka w akademiku uruchomili studencki serwis Thefacebook. Błyskawiczna popularność, jaką zaczął cieszyć się portal, przerosła ich oczekiwania.  A gdy spotkali Seana Parkera – guru amerykańskich hackerów, twórcę legendarnego Napstera – rozpoczęła się ich błyskawiczna wędrówka do wielkiego biznesu, wielkich pieniędzy i końca przyjaźni…

Książka  Bena Mezricha (wyd. W.A.B.) to fabularyzowany dokument, szczegółowy i w miarę obiektywny zapis wydarzeń, które doprowadziły do powstania największego obecnie portalu społecznościowego. W miarę obiektywny, bo autorowi – mimo licznych prób – nie udało się namówić do rozmowy Marka Zuckerberga, naczelnego architekta i faktycznego właściciela Facebooka.

Historię poznajemy więc głównie od strony jego dawnego przyjaciela i wspólnika Eduardo Saverina, który o prawo do uznania swojego wkładu w stworzenie Facebooka musiał walczyć w sądzie. Mimo to książka zachowuje reporterski obiektywizm, nie znajdziemy tu ataku ani ostrej krytyki pod adresem Zuckerberga. Ben Mezrich stara się nam pokazać jak najbardziej realną i prawdziwą historię, nie oceniając jej bohaterów ani motywów ich postępowania. Skupia się na samej, arcyciekawej zresztą historii – dwóch niepozornych dwudziestokilkulatków wpada na pozornie banalny pomysł i tworzy serwis, który w ciągu zaledwie 3 lat uczyni z nich miliarderów. To zapewne jeden z powodów sprawiających, że „Miliarderzy z przypadku” to książka niesamowicie wciągająca, przy której traci się rachubę czasu, a kolejne rozdziały czyta z coraz większymi emocjami. Ułatwia to dobry, reporterski styl Mezricha, pozornie prosty i beznamiętny, nie przeładowany informatyczną czy ekonomiczną terminologią.

Ale opowieść o Facebooku ma też drugie dno – pokazuje nam, jak silne są podziały w pozornie demokratycznym amerykańskim społeczeństwie, jak wielkie znaczenie mają rodzinne koneksje. To one tak naprawdę już w momencie rozpoczęcia studiów decydują, kto będzie na szczycie, a kto na starcie skazany jest na los outsidera.

Mark i Ben – typowi uczelniani nieudacznicy – nie mają szans na dostanie się do najbardziej prestiżowych bractw, a co za tym idzie na zajęcie w przyszłości szczytu drabiny społecznej. Niespecjalnie popularni, mało atrakcyjni, niezbyt zamożni. Ich przeciwieństwem są bracia Tyler i Cameron Winklevoss, przystojni mistrzowie wioślarstwa, pochodzący z bogatej i wpływowej rodziny, gwiazdy Harvardu. Zaszczycą Marka propozycją współpracy dopiero w momencie, gdy zacznie być o nim głośno na uczelni. Natomiast, gdy okaże się, że zamiast nad ich stroną pracował nad własnym projektem ,oburzeni zagrożą mu sądem, oskarżając o kradzież pomysłu. Nie będą w stanie zrozumieć, jak ktoś tak nijaki jak Mark Zuckerberg był w stanie zrezygnować z ich oferty. Według obowiązujących na Harvardzie nieformalnych zasad powinni być dla niego bohaterami z wymarzonego, lepszego świata.

Kto wyszedł zwycięski z tej konfrontacji? To już pozostawiamy ocenie czytelników. Poprzestaniemy jedynie na podaniu paru powszechnie znanych faktów.

W 2008 roku na olimpiadzie w Pekinie bracia Tyler i Cameron Winklevoss zajęli 6. miejsce w wyścigach wioślarskich dwójek bez sternika. To jak do tej pory ich największe sportowe osiągnięcie. Obaj mają dziś 29 lat. Po wieloletnim procesie z Zuckerbergiem otrzymali tytułem odszkodowania 65 milionów dolarów.

Mark Zuckerberg ma dziś 26 lat. Jest najmłodszym miliardrem na świecie, jego majątek jest szacowany na 6,9 mld dolarów. Eduardo Saverin jest jego rówieśnikiem. Jest właścicielem 5 procent akcji Facebooka, których wartość szacuje się na 1,3 mld dolarów.

Dariusz Materek

Patronat nad polskim wydaniem „Miliarderów z przypadku” objął Salon Kulturalny.
---

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl